Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Skowronek z miasteczka Jura K-Cz. Mam przejechane 114424.38 kilometrów w tym 31109.04 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 19.54 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 582241 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Skowronek.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

powyżej 100 km

Dystans całkowity:32711.50 km (w terenie 6391.00 km; 19.54%)
Czas w ruchu:1379:23
Średnia prędkość:20.50 km/h
Maksymalna prędkość:70.00 km/h
Suma podjazdów:168343 m
Suma kalorii:18852 kcal
Liczba aktywności:272
Średnio na aktywność:120.26 km i 5h 52m
Więcej statystyk
  • DST 103.83km
  • Teren 80.00km
  • Czas 05:56
  • VAVG 17.50km/h
  • VMAX 52.30km/h
  • Podjazdy 1126m
  • Sprzęt Cube
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Po Jurze z Jura Bike

Niedziela, 5 sierpnia 2018 · dodano: 12.08.2018 | Komentarze 0

Na wycieczkę z Jura Bike zaprosił nas Rafik. Wycieczka była bardzo jurajska, lepiej, była super - jurajska.
Startujemy z Zawiercia gdzie dowiozły nas koleje. Grupa jest tak liczna, że kierownik pociągu radzi następnym razem zgłosić takową, to będzie taniej. W Zawierciu dołączył jeszcze Przemek z Dąbrowy. Plan to powrót niebieskim szlakiem pieszym Warowni Jurajskich. Tylko trzeba najpierw doń dojechać.
Na początek podążamy szlakiem czerwonym pieszym. Potem trochę się pogubiliśmy, trafiliśmy na czarny pieszy, lądując tym samym w okolicy miejscowości Rodaki. Dziki mapom w telefonie w końcu trafiamy gdzie trzeba, czyli do Podzamcza. Pod murami Zamku Ogrodzieniec chwila przerwy.
Z Podzamcza mniej więcej po czerwonym pieszym do ruin Zamku Bąkowiec w Morsku. Tutaj wjeżdżamy już na niebieski i nim podążamy aż do Ostrężnika. Tam przerwa na obiad i niestety trzeba skrócić trasę. Jedziemy asfaltem do Siedlca a potem w terenie do Krasawy, następnie dawnym zielonym do Sokolich Gór. Tutaj czerwonym pieszym tak zwany podjazd na Puchacza (właściwie podjeżdża się a mini przełęcz między Pustelnicą a Puchaczem). Zjazd niestety strasznie zniszczony, nie daję rady zjechać całości z powodu ogromnych dziur wymytych przez wodę. Do Cz-we wracamy pożarówką.
Bardzo fajna wycieczka, bardzo mi się podobała.

Zamek Ogrodzieniec


Okiennik Wielki

Zamek Bąkowiec




Kategoria Jura, powyżej 100 km


  • DST 126.98km
  • Teren 80.00km
  • Czas 06:24
  • VAVG 19.84km/h
  • VMAX 36.50km/h
  • Podjazdy 850m
  • Sprzęt Cube
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na północ jako nawigator

Niedziela, 15 lipca 2018 · dodano: 16.07.2018 | Komentarze 6

Tak wyszło, że Rafał pojechał na Orbitę a ja umówiłam się z Asią na wycieczkę po Zielonym Wierzchołku Śląska. Asia zabrała jeszcze paru kolegów z drużyny. To chyba pierwsza wycieczka gdzie mam samodzielnie poprowadzić grupę, większość ścieżek znam, ale ostatnio byliśmy tam dwa lata temu z Goździkiem i obawiam się czy zapamiętałam wszystko jak trzeba. Przewidziano także parę nowości.
Ślad wyrysował mi Rafał ale nie przewidziałam, że jego telefon bardzo powoli aktualizuje mapę, w efekcie czego w paru miejscach zdarzyło się przejechać skręt i albo wracaliśmy kawałek albo poszukiwaliśmy nowej drogi. Ale ogólnie pamięć jeszcze daje radę, większość ścieżek zapamiętałam.

Ekipa cisnęła ostro, w terenie to jeszcze spoko, piach, tłuczeń czy inne przeszkody nieco hamowały zapały ale jak wylecieli na asfalt to nie dawałam rady. Jedynie darłam się zza ich pleców: "W LEWO!!!" "W PRAWO!!!" albo "STAAAĆ!!! Muszę na mapę spojrzeć". W dodatku niemal cała trasa była pod wiatr a tam jest sporo otwartych terenów:( Nie pomyślałam żeby sprawdzić kierunek wiatru, mogliśmy jechać w przeciwnym kierunku...

Zbiórka właściwie jest podwójna: ja zbieram ekipę z południowej części miasta (w osobach Łukasza i Maćka) a Asia z zachodniej (Tomasz i Jarek). Zbiórkę zaplanowałam wcześnie żeby czasu wystarczyło bo sporo będzie zwiedzania. Ruszamy. Na początek asfaltem przez Starą Gorzelnię, Wydrę, do drogi wojewódzkiej, na owej drodze w lewo i po około 200m uciekamy w prawo. Lądujemy w Kalei, tam skręcamy w ul. Grodziską i wreszcie jest terenowo. Potem Jarek (mieszkaniec okolic) prawi, że lasem dojedziemy tam gdzie ja chcę (a ja planowałam do Kłobucka niebieskim pieszym) niestety chyba się nie zrozumielim bo jego ścieżką lądujemy w Grodzisku na drodze wojewódzkiej... Przez to nie dotarłam do kota, którego miałam nakarmić:((

Trudno, jedziemy do Kłobucka wojewódzką, o tak wczesnej porze jest pusta. W Kłobucku wycieczka koniecznie chce sklep, wreszcie znajdują idąc za radą mieszkanki miasta. Po przerwie prowadzę ich do pałacu, są zainteresowani historią i nawet sosnami amerykańskimi, co tam rosną. To miłe.


Następnie sprawie podążamy lasami do Mokrej. Jedziemy do pomnika a następnie do Izby Pamięci. W niedziele nieczynna ale przez duże szyby można sporo zobaczyć. Powiększyła się tam kolekcja motocykli z czasów II wojny światowej.



Teraz prowadzę ekipę do lasu, skręciliśmy trochę za wcześnie i było nieco chaszczingu ale prędko udało się wyjechać tam gdzie trzeba a w dodatku ścieżki, którymi jechaliśmy, były bardzo ładne zatem nie ma co narzekać.


Teraz polami (kamienistym duktem ale widokowym) podążamy do Rębielic. Oglądamy tam wiatrak Pana Antosa. Smutny pomnik tego, że w tym kraju wszelka nowatorska myśl i inicjatywa zostaną zduszone. Sklep przy wiatraku jest zamknięty, co zdołowało ekipę bo bliżej wiatraka podjeżdżają ze mną tylko Tomek i Jarek.

Z opresji wybawił ich przechodzący obywatel Rębielic, który wyraźnie wracał z zakupów (po piwie w każdej kieszeni plus jedno w dłoni) i pokierował do otwartego sklepu. Robimy zakupy ale wiktuały postanawiamy zjeść dopiero na punkcie widokowym na kamieniołom. Prowadzę zatem podjazdem do cmentarza a potem ścieżką pnącą się stromo na wierzchołek Rębielskiej Góry. Dojeżdżamy na miejsce i dość długo siedzimy na "tarasie widokowym". Po przerwie czeka główna atrakcja czyli kamienisty zjazd na dno kamieniołomu. Odwiedzamy mini jaskinię (każdy wziął sobie po kawałku kalcytowych kryształów) oraz miejsce, gdzie zachowała się pozostałość szaty naciekowej dawnej jaskini, zniszczonej podczas prac kamieniołomu. Co ciekawe, wszyscy prędko wdrapali się do stalaktytowych draperii, zapominając o pozostawionych samotnie rowerach, co również mnie cieszy niezmiernie (to, że ich tak zainteresowało, nie że porzucili rowery). Na wszelki wypadek zostawiłam ekipę i prędko wróciłam pilnować pojazdów, dziś w kamieniołomie kręci się sporo ludzi. W tym miejscu zaczyna mnie boleć głowa, chyba od słońca, co dodatkowo utrudnia sprawną jazdę... No nie, nogi bolą, sił nie ma a teraz jeszcze to...

Z kamieniołomu zjeżdżamy do drogi asfaltowej, gdzie żegna nas Jarek (musi wrócić wcześniej) a reszta asfaltem podąża do fortalicjum w Dankowie. Oglądamy Bramę Krzepicką i mury, niestety wszystko wygląda coraz gorzej, jeszcze trochę i całkiem się rozsypie... A przecież to była wspaniała twierdza...



(Foto: Łukasz T.)
Jedziemy też zobaczyć umocnienia z drugiej strony a następnie prowadzę niebieskim szlakiem pieszym do Krzepic. W pizzerii na rynku urządzamy popas, jedzenie smaczne a obsługa bardzo miła. Zawsze tam jadamy będąc w okolicy.
Po obiedzie jedziemy zobaczyć ruiny synagogi (XIX w.) oraz kirkut z unikatowymi, żeliwnymi macewami.



Wracamy na rynek, po drodze mijając miejsce po zamku. Jest niedostępne, na prywatnej posesji, niewiele zostało, ziemne wały i resztki fundamentów. A szkoda bo to był znaczący zamek i to tu podpisano akt lokacji Częstochowy.
Teraz mamy jechać niebieskim szlakiem pieszym, trzeba trafić w odpowiednią ścieżkę (udaje się za drugim razem) i przez malownicze pola jedziemy do leśniczówki Zwierzyniec.



(Foto: Maciej P.)
Tam przerwa na zmianę dętki bo Maciek złapał kapcia i podjeżdżamy mrocznym lasem na wierzchołek wzniesienia, na którym znajduje się Rezerwat Modrzewiowa Góra (200-letnie modrzewie). Nie zatrzymujemy się (bo komary tną) i zjeżdżamy po drugiej stronie, w Zwierzyńcu Trzecim. Teraz kawałeczek asfaltem i znów do lasu by wyjechać w Pankach. Tam zakupy i przerwa nad stawem na Pankówce. Niedawno przeczytałam, że w miejscu gdzie obecnie wznosi się kościół była huta a staw powstał by zaopatrywać ją w wodę.


Teraz pojedziemy zupełnie nową trasą, oczywiście skręcić trzeba było wcześniej ale w sumie dobrze się stało. Bo mając do wyboru: asfalt czy szutrówa? Ekipa ochoczo wybrała teren, ku miej radości, bo to daje mi jakąś możliwość przetrwania. Muszę powiedzieć, że nawet spore odcinki, gdzie leży luźny tłuczeń nie przeszkadzają, bo walka z nim jest dla mnie łatwiejsza niż próba utrzymania się na kole na asfalcie. Ta droga leśna zwie się Nowa Droga i prowadzi nas do miejscowości Jezioro. Do Bagna w Jeziorze nie pojechaliśmy, będzie na następny raz.

Kawałek szutrem i niestety długi odcinek asfaltu (do Cisia) gdzie gnają jak szaleni, ledwo nadążyłam. Na szczęście teraz znów wjeżdżamy w teren, podążamy do źródełka św. Huberta (jest to źródło rzeki Stradomki) gdzie można zmyć z nóg trochę kurzu.

Wyjeżdżamy w Blachowni, gdzie na pizzę zostają Asia, Łukasz i Tomek. A ja z Maćkiem żegnamy ich bo robi się późno i musimy już wracać do domów, jedziemy jeszcze kawałek terenem, wyjeżdżamy w Konradowie i dalej asfaltem ale już spokojniej. Na szczęście dla mnie a zapewne ku utrapieniu swemu Maciek też jest już nieco zmęczony i nie gna bardzo. Na skrzyżowaniu Wielkoborskiej i Dobrzyńskiej każdy skręca w swą stronę. Jadę jeszcze do Mamy, bo mieszka blisko a przy okazji odsapnę tam nieco. Posiedziałam pół godzinki, odpoczęłam a potem z plecakiem wypełnionym smakołykami dowlokłam się do domu. Właściwie to odcinek Mama - Cze-wa Południe jechało mi się już fajnie.

I tak to właśnie wyglądała pierwsza tak długa wycieczka gdzie pełniłam rolę nawigatora. Nie padało, słońce mieliśmy cały dzień, na drogach spokój. Ekipa wyglądała na zadowoloną, było sporo dla nich nowych i ciekawych miejsc a i dla mnie parę nowych ścieżek. Żeby jeszcze tak siły chciały wrócić... Ale grzech narzekać bo to był jedyny dzień bez deszczu od tygodnia:)












  • DST 116.44km
  • Teren 80.00km
  • Czas 06:07
  • VAVG 19.04km/h
  • VMAX 50.00km/h
  • Podjazdy 696m
  • Sprzęt Cube
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Siewierz z Jura Bike

Niedziela, 8 lipca 2018 · dodano: 09.07.2018 | Komentarze 3

No i nastał kryzys. Nogi wysiadły, inne rzeczy też doszły. Pewne sytuacje i ludzie dali mi mocno do myślenia.
Kilka mądrych rad i sugestii, dobrze czasem posłuchać kogoś patrzącego z dystansu.
Dziś mtb do Siewierza. Oczywiście w wersji skowronkowej czyli chaszczing i krzaczing na całego. A co!
Rankiem pod Skansenem oczekuje już ekipa Jura Bike, w osobach Asi, Rafika, Maćka, Jarka, Fikoła, Piotra i Dreja, których przewodnikami dziś będziemy. I nie spodziewając się, co ich czeka he he...
Na początek do pożarówki a potem (co by nie było za lekko) w prawo i trzeba przeleźć przez tory (kiedyś był przejazd ale okazało się, że niestety jest zasypany...) potem nową ścieżką (odrobina piachu) do kolejnych torów (jesteśmy w Korwinowie). Teraz jedziemy wzdłuż owych torów, po lewej mając Użytek Ekologiczny Zapadliska. Jest ruchliwy odcinek do Katowic, nawet mija nas pociąg, stanowiąc dodatkową atrakcję. Dojeżdżamy do szlaku pomarańczowego rowerowego i nową ścieżką do Osin. Przerwa przy sklepie i przecinamy DW791. Przecinamy ją i mamy pierwszy tego dnia chaszczing. Nie chwaląc się jam to ekipę tam wciągnęła i dobrze się złożyło, bo mimo zarośniętości ścieżka wzdłuż rzeczki okazała się bardzo fajną:

Tym sposobem lądujemy w Jastrzębiu. Lecz na asfalcie długo nie zabawimy, prędko wracamy w teren, na niebieski/zielony szlak rowerowy. Czas jakiś tłuczemy się po lasach by wyjechać przy drodze Poraj - Koziegłowy. Już, już ekipa chciała tym asfaltem do Koziegłów pędzić, lecz Rafał wnet ostudził zapały każąc poszukiwać odbicia w teren po lewej. Wnet odbicie znajdujem i wyjeżdżamy w miejscowości Miłość:

(foto by Mister Dry)
Następnie dojeżdżamy do DW789. Do Koziegłów rzut stąd beretem, lecz Rafał chce je ominąć i zawlec ekipę gdzie indziej. W tym miejscu pożegnał nas Rafik, który chce by było sprawiedliwie: do południa rower, popołudnie z rodziną.
Tymczasem reszta podąża (czytaj: podjeżdża) do Sanktuarium św. Antoniego Padewskiego w Koziegłówkach. To ciekawe miejsce, warto zajrzeć w środka by zobaczyć piękną ambonę w kształcie łodzi. Tym razem jednak nie zwiedzamy lecz podążamy dalej. Na mapie to szlak niebieski rowerowy. Do drogi, podjazd do Pińczyc i super zjazd szutrową drogą do miejscowości Dziewki. Stąd już tylko asfaltem do Siewierza. Kilka zdjęć z trasy:



I tak oto meldujemy się u stóp Zamku Biskupów w Siewierzu. Prze wiele lat zamek był niedostępny lecz po remoncie (z funduszy unijnych) można zwiedzać i to bezpłatnie. Na zwiedzanie poszła tylko czwórka: Jarek i ja (łazimy po całym zamku) oraz Dreju i Maciek (zamiast zwiedzać prowadzą długą i pouczającą dysputę z kustoszem, dręcząc go pytaniami). Acha, pieczątka też jest. Parę zamkowych zdjęć:





Pora na posiłek. Spożywamy go w karczmie "Jędrusiowa Izba", niezłe jadło. Uzupełnić piciu w bidonach i podążamy dalej. W Siewierzu warto jeszcze zwiedzić zabytkowe kościoły i obejrzeć fontannę na rynku z tańczącymi Pannami Siewierskimi.
Na skrzyżowaniu z sygnalizacją świetlną pokonujemy DK1 (na takich bez sygnalizacji nawet nie ma co próbować) i oto przybylim na tereny, gdzie rzadko stanie stopa (opona?) częstochowskiego rowerzysty... W każdym razie nasza rzadko tam postanie. A szkoda, bo ładne tereny.
Jedziemy sobie lasami, po drodze jest też leśny staw, wokół ładnie, zielono... Jesteśmy blisko lotniska w Pyrzowicach i co chwilę nad głowami naszymi przelatuje jakiś drimlajner hałasując okrutnie.

I tak oto dojechalim sobie do Cynkowa a stamtąd asfaltem (podjazd solidny) do Woźnik. W Woźnikach popas przy sklepie, gdzie gospodarz doradza którędy najlepiej do Czarnego Lasu jechać by jeszcze się sponiewierać nieco. Idąc za jego radą mamy podjazd po polach, naprawdę fajne dróżki:


Teraz dojeżdżamy do pałacu w Czarnym Lesie. Jest to 4-gwiazdkowy hotel lecz do parku można swobodnie wejść i posiedzieć sobie na ławeczce z widokiem na staw.

Dalej ruszylim asfaltem lecz po drodze Dreju dojrzał polną dróżkę w alei kasztanowców. Mnie też się podoba lecz na mapie po pewnym czasie niknie... Ale na pewno coś tam będzie żeby przejechać, prawda? "MY CHCEMY TAM!" Reszta ekipy nie jest zachwycona ale cóż mają zrobić, milczeniem jeno oponują... I już po chwili mkniemy pośród owych kasztanowców.
Dróżka wcale się nie kończy, tylko po pewnym czasie trzeba wybrać: chaszczing w lewo czy chaszczing w prawo? Mnie pasuje lewa lecz Rafał ciągnie w prawą i w sumie dobrze, bo bardzo fajne, naprawdę super ścieżki.


Tłuczemy się polami, lasami, jedziemy sobie a tu nagle... KAWIARNIA:)) Zielony ogród, stoliczki, ławeczki, miła obsługa, smaczne menu... No kto by się oparł, no kto? ADA Cafe w Rudniku Wielkim:

Akurat ekipa wypoczęła przed kolejną porcją solidnego krzaczingu. Ten jest chwilami dość ekstremalny ale singiel w jednym miejscu po prostu cud-miód. Była też jazda po malowniczych polach oraz na koniec ścieżka trudniejsza, bo co chwilę dostawało się po głowie gałęziami a do tego trza było uważać na koleiny, doły i wodę.


Ten ostatni terenowy odcinek wypuścił nas w Hucie Starej. Ekipa już odetchnęła z ulgą lecz nie wiedzą (ja też nie) że przed nami jeszcze ostatni chaszczing do potęgi. Bo Rafał prawi, że pojedziemy tak jak biegaliśmy czyli szeroką szutrówką i singlem do przejazdu kolejowego na Jesiennej. Tyle, że skręcamy o wiele wcześniej i czeka nas długi odcinek takiego czegoś:

Po czymś takim (w trawie były koleiny) ostateczny singiel jawi się jako lekki i przyjemny. Po dotarciu do szutrówy żegna nas Piotr (woli nie sprawdzać ostatniego singla) reszta podąża dalej i wreszcie wrócilim do Cze-wy.
Do Siewierza ciężko mi się jechało bo niedawno byłam chora i brakowało tchu. Droga powrotne lepiej, do tego niemal same nowe ścieżki, naprawdę super wycieczka.


Kategoria Jura, powyżej 100 km


  • DST 197.70km
  • Czas 09:14
  • VAVG 21.41km/h
  • VMAX 61.20km/h
  • Podjazdy 2500m
  • Sprzęt Bastet
  • Aktywność Jazda na rowerze

Rajd Dookoła Tatr

Sobota, 30 czerwca 2018 · dodano: 01.07.2018 | Komentarze 5

Na Rajd Dookoła Tatr pierwszy raz wybraliśmy się dwa lata temu. To bardzo fajna i dobrze zorganizowana impreza. W tym roku liczyłam na lepszy czas ale jak to w życiu bywa, przeliczyłam się.
Pogoda... Rafał mawia, że "Tam wiecznie pada" i zwykle ma rację. Także i teraz do ostatniej chwili wahaliśmy się czy wystartować. Ale rano nie padało i pojechaliśmy na zbiórkę. Na miejscu jest sporo osób, około setki, start o 8.00. Do rogatek Zakopanego jedziemy razem za wozem technicznym, potem start ostry.
Początkowo jest mglisto i zimno, asfalt mokry, woda chlapie spod kół. Na Słowacji wypogodziło się, wyszło słońce i zrobiło się naprawdę ciepło. W bluzie gotowałam się większość drogi, żałuję, że nie pomyślałam żeby oddać do wozu technicznego koszulki i krótkich rękawiczek.
I co tu pisać? Myślałam, że jestem w lepszej formie. Podjazdy bardzo dawały mi się we znaki a na zjazdach nie szło się rozpędzić z powodu wiatru. Przez cały pobyt na Słowacji (czyli większość trasy) wiało prosto w pysk. Uderzenia wiatru przyjmował na siebie Rafał, ja chowałam się za nim ale i tak było ciężko. W dodatku asfalt w wielu miejscach połatany, popękany. Miałam nadzieję na odpoczynek na długim zjeździe przez Liptowskim Mikulaszem lecz nadzieje te prędko się rozwiały. Dosłownie.
Podjazd na Kwaczańskie koszmar, potem poszło lepiej, na podjeździe na Oravice jest nowy asfalt, jechało się ok. Przez same Oravice kiepsko bo roboty drogowe i ze trzy razy czekaliśmy na światłach, w dodatku trzeba było uważać by nie wyrąbać się na metalowych mostkach. Wreszcie wspinaczka do granicy i zjazd do Polski. A ostatnich 15 km... Zdjęty asfalt i jazda po frezowanym, to horror, ledwo dowlokłam się na miejsce. Całkowity czas 9 h 44 minuty, o 45 minut gorszy niż dwa lata temu. Limit to 11 h. Zdążyliśmy przybyć tuż przed deszczem. Fajnie też, że kwatera była blisko, starczyło czasu by się wykąpać i przebrać przed zamknięciem zawodów i rozpoczęciem imprezy na koniec.
Za to bufety pierwsza klasa. I wyżerka na koniec. Każdy uczestnik, który pokonał trasę otrzymał też miłe upominki. Bardzo się cieszę, że nie padało.
Więcej zdjęć dodam jak organizator udostępni, na razie mam dwa z zakończenia.
Pierwszy bufet:

Widok z Kwaczańskiej:

Uczestnicy na imprezie w Domu Ludowym. Za nami jest suto zastawiony stół ale nie widać.n

I panie na mecie. Potem dojechały jeszcze dwie:




  • DST 148.50km
  • Czas 08:36
  • VAVG 17.27km/h
  • VMAX 52.00km/h
  • Podjazdy 3569m
  • Sprzęt Rafałowa szosa
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Pradziad i Dlouhé stráně

Sobota, 16 czerwca 2018 · dodano: 17.06.2018 | Komentarze 1

Właściwie nie wiem o czym pisać... Dziś najdłuższa trasa, bogata w podjazdy, w tym dwie gwiazdy czyli Pradziad i Dlouhé stráně.
Startujemy z Vrbna Pod Pradědem, z parkowaniem nie ma problemu, jest spory i darmowy parking. Następnie jedziemy do miejscowości Karlova Studánka (bez zatrzymywania i bez zdjęć) i wreszcie na przełęcz Hvezda, gdzie rozpoczyna się podjazd na Pradziada. Wydaje mi się, że podjeżdżałam najszybciej z dotychczasowych tam pobytów, choć może tylko mi się zdawało. 
Na wierzchołku nerwówka, prędko z powrotem i jedziemy do drugiego podjazdu. Po drodze Rafał i Marcin zafundowali sobie dodatkowy podjazd na kolejną górkę, jednak ja wolę ją objechać. Doskonale wiem, że w moim przypadku sztuczne wydłużanie trasy zwykle kończy się beznadziejnym asfaltem (czy innym kiepskim podłożem) oraz idącą za tym irytacją na niepotrzebne marnowanie sił. Jadę zatem główną drogą, mam mapę, trafię gdzie trzeba. W tych okolicach ruch jest dużo mniejszy niż w Polsce, jedynie stada motocyklistów są ciut... hmm... Stresujące. Dojeżdżam na miejsce, za chwilę zjeżdżają panowie i dalej jedziemy już razem. Niestety obrana przez nas droga kończy się i trzeba parę km pojechać terenem. Jednak kamienie muszą być i basta. 
Na Dlouhé stráně podjeżdżamy częściowo nową drogą (z Vernířovic, o ile dobrze pamiętam), która łączy się z trudniejszym wariantem podjazdu (który swój początek ma w miejscowości Loučná nad Desnou). Ta dojazdówka nie nadaje się na szosę, bardzo złej jakości asfalt, kamienie, ubytki a nawierzchnia taka, że mam wrażenie, iż jadę po tarce.
Dopiero po dotarciu do właściwego podjazdu asfalt jest dobry. Na wierzchołku sporo ludzi, przy zbiorniku trwają prace. Jesteśmy tam tylko chwilę, zaraz zjeżdżamy do chatki na przerwę. Aż tutaj słuchać ryk silników motocyklowych, na Červenohorskym musi być nieciekawie... Wkrótce tam przybywamy, po zjeździe z Dlouhe ląduje się tuż przy początku podjazdu na tę przełęcz. Co tam się wyprawia... Motocykliści jeżdżą w tę i nazad, ciągle mijają nas ci sami. Droga jest szeroka ale i tak jest to mocno stresujące... Na szczęście okupowana jest tylko strona z nowym asfaltem, na zjeździe względny spokój. 
Zjeżdżamy do miejscowości Bělá pod Pradědem a stamtąd... Niespodzianka, czeka kolejny podjazd. Coś nowego, prawda?
Ten jest upierdliwy, ciągnie się i ciągnie, w dodatku zaczyna mi już brakować sił. Wreszcie władowałam się na to całe Videlské sedlo. Teraz już tylko zjazd do auta. 
To był intensywny dzień, chyba pobiłam swój rekord przewyższeń. Większość podjazdów szła jako tako, tylko ten ostatni bardzo kiepsko. Parę zdjęć:
Widok z Pradziada:

Na wierzchołku Pradziada:

Krówki na pastwisku:

Kamienie muszą być:

A tu parę zdjęć z Dlouhé stráně:







  • DST 111.62km
  • Teren 50.00km
  • Czas 05:43
  • VAVG 19.53km/h
  • Podjazdy 400m
  • Sprzęt Cube
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Lasy Nad Liswartą

Niedziela, 27 maja 2018 · dodano: 30.05.2018 | Komentarze 0




  • DST 103.90km
  • Czas 03:52
  • VAVG 26.87km/h
  • VMAX 54.40km/h
  • Podjazdy 581m
  • Sprzęt Bastet
  • Aktywność Jazda na rowerze

Po okolicy szosowo

Środa, 23 maja 2018 · dodano: 23.05.2018 | Komentarze 0

Dziś wolne i niemal bezwietrznie. Od początku roku dni bez wichury było może kilka. Zatem wybraliśmy się na szosing. Zdjęć brak. A trasa to Kusięta, Mstów, Skrzydlów, Garnek, Święta Anna, Przyrów, Sieraków, Janów, Złoty Potok, Siedlec, Zrębice, Turów, Olsztyn, Kusięta i do domu.


Kategoria Jura, powyżej 100 km


  • DST 129.50km
  • Teren 10.00km
  • Czas 06:54
  • VAVG 18.77km/h
  • VMAX 40.00km/h
  • Podjazdy 613m
  • Sprzęt Cube
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Zamek w Rawie Mazowieckiej

Sobota, 19 maja 2018 · dodano: 21.05.2018 | Komentarze 2

Weekend w Głownie czas zacząć:) Po wczorajszych 12 godzinach w pracy i dwóch godzinach podróży mam małe wątpliwości czy dam radę pokonać trasę lecz niepotrzebnie. W Goździkowie nie dokuczają ani bóle nóg ani znużenie trasą.
Cel na dziś to Rawa Mazowiecka a konkretniej Zamek Książąt Mazowieckich.
Jedziemy doń z wiatrem, toteż podróż jest przyjemna. Z jednym minusem: zgubiłam kamizelkę i musieliśmy się z Rafałem wrócić po nią parę km... Wywiało ją z kieszonki, co daje pewne pojęcie o tym, jak mocno dziś wieje...
Po drodze zatrzymujemy się w Lipcach Reymontowskich (tak tak, TYCH Lipcach) lecz tylko foto przy Muzeum Czynu Zbrojnego (bo Lipce zwiedzaliśmy już podczas poprzedniego pobytu) i podążamy dalej. Zaglądamy też do drewnianych kościołów w Słupi i Boguszycach. Pierwszy zamknięty ale jest coś nietypowego: na dzwonnicy wisi lustro. Pewno by wierni mogli skontrolować ubiór i fryzurę przed wejściem do świątyni. A ten drugi zabytek klasy 0 ale trwa msza i nie ma jak zajrzeć do środka.




Do Rawy Mazowieckiej podążamy oczywiście bocznymi asfaltami i polnymi drogami. W samym mieście jedziemy z samochodami ale już po drodze sprawne oko turysty wyczaiło ścieżkę rowerową wzdłuż zalewu i nią postanawiamy wrócić. 
W Rawie trafia nam się zwiedzanie muzeum (trafiło się: w soboty bezpłatnie) jest wnętrze izby chłopskiej oraz kolekcja lalek przedstawiających władców Polski i ich rodziny.

Pora na zamek. Baszta niestety jest zamknięta ale nie ma problemu z wejściem na zamkowy teren. Od kilku lat jedziemy na ten zamek i wreszcie dojechaliśmy:)

Część oficjalna zakończona, można udać się na popas. Nad Zalewem Tatar pożarliśmy gofry a następnie wspomnianą wcześniej ścieżką rowerową opuszczamy Rawę. Nam w Cze-wie też by się taka ścieżka przydała, co bez skrzyżowań i bez aut z centrum za miasto wyprowadza...
Powrót... Cóż tu pisać, umęczyliśmy się pod wiatr. Ale mimo tych drobnych niedogodności wycieczka bardzo udana:)))
Na koniec swojski widoczek:





  • DST 102.50km
  • Teren 75.00km
  • Czas 06:38
  • VAVG 15.45km/h
  • VMAX 47.00km/h
  • Podjazdy 970m
  • Sprzęt Cube
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Bardzo jurajsko czyli okolice Olkusza

Wtorek, 1 maja 2018 · dodano: 03.05.2018 | Komentarze 2

"To gdzie ten schron?" Wgapiam się w ekranik. "Nooo... Stoimy na nim..." Znajdujeny się w Hutkach, na terenie, gdzie do 1988 r stacjonował 20 Dywizjon Techniczny Obrony Powietrznej. 
To tylko jedna z atrakcji dzisiejszej, bardzo jurajskiej wycieczki.
Pora zajrzeć w rzadko odwiedzane rejony Jury. Start przewidziano na 9.00 z Łaz, obok dworca jest spory parking. Przybywamy tam w miarę punktualnie, na miejscu jest już Robert, po chwili podjeżdża auto z Adrianem i Marcinem, przy sklepie natomiast, zostaje przydybany Cioran, który przybył pociągiem. Zaczynamy.
Pierwszą atrakcją dzisiejszej wycieczki jest nieczynny kamieniołom w Niegowonicach (zlokalizowany na stoku Wawrzynowej Góry). Jego dnem wiodą różne, często niewygodne ścieżki, którymi docieramy pod ścianę główną. A tam czas na foty i podziwianie. Następnie Rafał prawi "A teraz tam wjedziemy". "TAM?" "No tak, tam" - pokazuje ścianę na zdjęciu:

Ale, że co??? TAM???
Kawałek wzdłuż ściany i w lewo była rzeczona droga na górę. Stroma jak pierun i kamienista okrutnie... Za to po mozolnym władowaniu się na górę oczom naszym ukazała się wspaniała panorama:


No dobrze, pora jechać dalej. Zjeżdżamy do domów, wjeżdżamy na pola i... Nie możemy się wydostać! Drogi schodzą do gospodarstw albo nigdzie. Wreszcie ładujemy się przez zaorany teren i na dole znajdujemy jakiś dukt:

Kolejną atrakcją turystyczną będzie skałka trawertynowa w miejscowości Laski. To jedyna taka w Polsce, jedna z kilku na świecie, unikatowy kawałek skamieniałej pustyni, z równie unikatową jaskinią i w ogóle cud.
Co żeśmy się tej skałki naszukali... Krążyliśmy wokół po lasach, ekipa się rozdzieliła, pogubiła, wreszcie Parker dzwoni, że znalazł. W tym czasie dzwoni też Rafał (z pożyczonego telefonu, a jakże, tę historię już przerabialim, co dobrze zna Goździk...). Wprawdzie skałki nie znalazł, za to odkrył cud-miód ścieżkę wzdłuż kompleksu leśnych stawów. 
Oglądamy skałkę z każdej strony. Trochę mała, na zdjęciach wydawała się o wiele większa, ale ładna. Oczywiście wokół nie może zabraknąć śmieci, tak charakterystycznego znaku polskiego turysty... Foto jaskini nie zamieszczę właśnie z tego powodu...


Teraz w spokoju ducha (że skałka znaleziona) można podążyć ową cud-miód ścieżką. Rzeczywiście jest bardzo fajna, wije się między drzewami, czasem skłania do trudniejszych manewrów, kojarzy mi się ze ścieżkami w Puszczy Kampinoskiej. Te leśne stawy były kiedyś popularnym miejscem wypoczynkowym.



Tak oto podążamy w stronę Olkusza. Jesteśmy w sercu Lasów Błędowskich. Niech Was nazwa nie zmyli. Mimo bliskości pustyni tereny tutaj są podmokłe i można łatwo wyrąbać się w błoto. Tak oto można tonąć w błocie blisko piaszczystej pustyni... Szczęściem dawno nie padało i w miarę bezstresowo można przejechać.

W ten sposób dojeżdżamy do asfaltu łączącego Hutki z Kluczami, po czym źle skręcamy bo nasza droga kończy się przy ogrodzeniu szybu wentylacyjnego kopalni. Słychać monotonną pracę urządzeń. Tak, tak, funkcjonuje tu Kopalnia Pomorzany, jedyna w Polsce czynna kopalnia rud cynku i ołowiu, a ponad 100 m pod naszymi stopami pracują górnicze maszyny... Pytanie jak długo, także i tę kopalnię miano likwidować ale na razie jakoś się broni.
Przez tę kopalnię tośmy mieli trochę kłopotu ale o tym później. Na razie oczy w ekraniki gdzie każdy z nas ma inną mapę. Na mojej niedaleko zaznaczone są schrony. A może by tak tam?... No to jedziemy. I tym sposobem trafiamy na teren dawniej należący do wspomnianego 20 Dywizjonu Technicznego. W dawnych budynkach koszarowych mieści się obecnie Zakład Opiekuńczo - Leczniczy O.O. Kamilianów. Za parkingiem znajdujemy pierwszy schron, nie zaśmiecony za to pełen komarów.

Potem wjeżdżamy w las by odnaleźć kolejne schrony lecz prędko okazuje się, iż są zasypane. Dziś to jedynie wysokie kopce zarośnięte trawą i betonowe elementy wystające tu i ówdzie. Zatem porzucamy zamiary dalszej eksploracji terenu i podążamy do Olkusza. Lądujemy w Starym Olkuszu, dokładnie naprzeciwko Kopalni Pomorzany i tu mamy problem bo teren, przez który chcieliśmy przejechać jest ogrodzony. Wobec tego jedziemy wzdłuż DK 94 (korzystając ze ścieżek lokalnych rowerzystów) a potem robimy kółko przez tereny poprzemysłowe, gdzie czekają takie oto atrakcje:


Wreszcie dojeżdżamy w okolice Żurady, gdzie wjeżdżamy na niebieski szlak rowerowy, któy podążamy aż do miejscowości Troks a stamtąd jedziemy do zamku Rabsztyn. Na zwiedzanie decydują się tylko Adrian i Marcin, my niedawno byliśmy tam z Goździkiem.

Potem jedziemy czerwonym rowerowym, z którego zjeżdżamy na inne ścieżki (tuż przed Bogucinem Dużym) zanim zaczną się fest piachy przed Jaroszowcem. Tymi polnymi ścieżkami dojeżdżamy do miejscowości Klucze na obiad i odpoczynek. Jesteśmy ciut zmęczeni, jednak Jura to Jura, pora kierować się już z powrotem do Łaz. Z Kluczy jedziemy znanym nam już i bardzo fajnym szlakiem rowerowym niebieskim (po drodze zaglądamy jeszcze na cmentarz z I w.ś.) do punktu widokowego Dąbrówka. W końcu jesteśmy obok Pustyni Błędowskiej, grzech tam nie zajrzeć.

Co by za łatwo nie było na koniec fundujemy sobie stromy i kamienisty podjazd szlakiem czarnym pieszym z Chechła do miejscowości Rodaki oraz rozmaite ścieżki (nie pamiętam dobrze ale chyba za znakami szlaku zielonego pieszego) polne i leśne, pod górki także.

I tym sposobem wracamy do Łaz. Zapakować się i do domu. I tak to było na jurajskiej wycieczce. Tereny bardzo ładne , ciekawe, zróżnicowane ale i pomęczyć się trzeba było. Trasa warta powtórzenia. 







Kategoria Jura, powyżej 100 km


  • DST 187.90km
  • Czas 08:21
  • VAVG 22.50km/h
  • VMAX 45.00km/h
  • Podjazdy 1061m
  • Sprzęt Bastet
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Wieluń

Sobota, 14 kwietnia 2018 · dodano: 15.04.2018 | Komentarze 5

Plan był inny, mieliśmy jechać PKP do Łodzi i wracać. Jednak ze względu na prognozowany kierunek wiatru zmieniliśmy trasę. W sumie i tak wiało inaczej niż według prognoz miało wiać ale cóż... Norma.
Wycieczka do Wielunia była w planie już od dawna. To ładne miasto zwiedzaliśmy już kiedyś, w drodze powrotnej z kilkudniowego zamkowania ale wtedy nie udało się zwiedzić Baszty Męczarni. 
Oprócz nas na wycieczkę wybrali się Adrian i Marcin.
Początkowo jedziemy przez dzielnicę Dźbów do Blachowni. Następnie kawałeczek krajówką do skrętu na wojewódzką i za chwilę skręt do Cisia. Moim zdaniem niepotrzebnie ładowaliśmy się na krajówkę bo można skręcić do Blachowni i potem zaraz w lewo (w ul. Ks. Kubowicza), między blokami do ściany lasu, potem kawałek lasem terenowo (na szosie da się przejechać bo ubite, to taka spacerowa aleja mieszkańców) i wyjeżdża się naprzeciwko drogi na Cisie. I dlatego jeśli chcesz, Drogi Czytelniku, powtórzyć trasę, jedź właśnie tak. Ale chłopcy pognali, na śladzie był błąd, no i wyszło jak wyszło.
Następnie podążamy znanymi (spokojnymi) drogami przez Cisie, Węglowice, Piłę, Zamłynie, Kawki do Panek.
W centrum Panek chwila przerwy nad jeziorkiem. Są tam ławeczki a miejsce jest zadbane i miło tam posiedzieć.

 A po przerwie jedziemy przez Janiki do Krzepic. Tam wizyta w rowerowym (po olej) a następnie trzeba przeciąć DK43 i zaraz skręcić w lewo. Dalej jedziemy przez miejscowości Zbrojewsko, Lipie, Parzymiechy, Załęcze Małe, Kępowizna, Bieniec, Łaszew, Mierzyce, Ruda wprost do Wielunia. Przyznam, że trochę się umęczyłam, do tego wietrzysko... Po drodze urządziliśmy postój nad brzegiem Warty, bo to bardzo urokliwe miejsce:

W Wieluniu spory ruch aut ale jakoś w miarę spokojnie docieramy do centrum. Stop przy ruinach XIII-wiecznej kolegiaty. Uszkodzona podczas nalotów 1 września 1939 r. a następnie w 1940 r. wysadzona przez Niemców. W latach 90'tych odkopano i zrekonstruowano fundamenty, które dziś możemy oglądać.


Następnie jedziemy na rynek. Ładny jest też park. Zastanawiamy się chwilę, co dalej, bo nie za bardzo jest tu gdzie popas urządzić. W końcu postanawiamy wrócić bo po drodze były restauracje. 
Proponuję jeszcze by podjechać do murów miejskich, głupio być w Wieluniu i je pominąć, zwłaszcza, że to ładne miejsce.
I to był dobry wybór, bo tym sposobem poznaliśmy Tomka z Rowerowego Wielunia, dzięki któremu zwiedziliśmy Męczarnię:)








Teraz obiadek. Zdecydowaliśmy się na kuchnię śródziemnomorską "Latakia". Polecam, bardzo smaczne jedzenie.
Miło posiedzieć ale trzeba już wracać. Teraz powinno być bardziej z wiatrem. I (na szczęście) było.
Wracamy do Mierzyc, gdzie skręcamy na Kamion. Jest tam zabytkowa kapliczka ale tylko ją mijamy. To już tereny Załęczańskiego Parku Krajobrazowego. Potem Niżankowice, Szczyty i tym sposobem lądujemy w Działoszynie. 
Kolejne miejscowości po drodze to Zalesiaki i Lelity. W tych drugich zjeżdżamy do starego młyna, jest też ładny mostek nad Wartą. Byliśmy tu już kiedyś z Segerem.

Kolejny etap podróży to Popów, Władysławów, Borowa i przerwa nad zalewem w Ostrowach.
Potem Adrian i Marcin prowadzą, bo doskonale znają te tereny. Przez Kocin, Kuźnicę Lechową, Lubojnę i Wolę Kiedrzyńską wracamy do Cze-wy. Pod koniec bolały mnie nogi, oj formy nie ma, ale wycieczka naprawdę bardzo fajna, bardzo udana.
Jeszcze parę zdjęć autorstwa Marcina: